Moskwa port lotniczy i nie tylko
Moskwa jest największym portem lotniczym świata.
W ciągu roku przez wszystkie lotniska moskiewskie
przewija się piętnaście milionów pasażerów — czwarta
część wszystkich podróżujących samolotami w ZSRR.
Tu^ zbiegają się powietrzne szlaki ze stu siedemdziesięciu
miast Związku Radzieckiego. Pracując jako korespondent
w Moskwie bywałem częstym gościem tutejszych
dworców lotniczych, startowałem ze wszystkich
lotnisk. Piszę o tym nie dlatego, żeby się przechwalać.
Ze stwierdzenia tego faktu nie wynika nic ponad to,
że udało mi się w pewnym sensie pojąć, czym jest komunikacja
lotnicza dla kraju siedemdziesiąt dwa razy
większego od Polski. Łączna długość radzieckich linii
lotniczych wynosi przeszło pół miliona kilometrów. W
pełni sezonu letniego w powietrzu nad całym obszarem
Związku Radzieckiego znajduje się jednocześnie około
trzystu tysięcy pasażerów.
Wydaje się jednak, że ważne są nie tylko, a może
nawet nie tyle, owe imponujące liczby, ile specyficzny
radziecki obyczaj podróżowania.
Tłumy ludzi przewijające się przez porty głównych
węzłów komunikacji lotniczej ZSRR wywierają ogromne
wrażenie. Obok elegancko ubranych podróżnych, posiadających
równie wytworny niewielki bagaż — ludzie
ubrani skromnie: staruszkowie, kobiety przyodziane
z wiejska, mieszkańcy dalekich republik w strojach narodowych...
To są powszednie obrazki na lotniskach
Moskwy, Taszkientu, Chabarowska, Krasnojarska i innych
miast. Dziesiątki wielkich liniowców odrzutowych
codziennie wchłaniają ów pstrokaty tłum i unoszą na
główne szlaki powietrzne.
Ale nie tylko obrazki z tych głównych szlaków
świadczą o popularności komunikacji lotniczej.
Na charkowskim lotnisku czekamy na samolot do
Moskwy. Pada zapowiedź z głośnika: „Pasażerowie do
Czugujewa, proszę się zebrać przy wyjściu numer
dwa". Oto zbliża się kilka wiejskich kobiet. Pytam
jedną z nich, co to za Czugujew. Okazuje się, że to ich
wieś rodzinna, z której przyleciały dzisiaj na targ do
Charkowa i właśnie wracają.
W Tarusie, małym miasteczku nad Oką, stoi na murawie
baraczek z pasiastym „rękawem" przyczepionym
na długiej tyczce nad dachem. Napis głosi szumnie:
„Port lotniczy w Tarusie". Sprzed tego baraczku codziennie
startują małe samoloty do obwodowego miasta
Kaługi.
Na lotnisku w Jakucku lądują samoloty linii
lokalnych, z których wychodzą egzotyczni jakuccy
myśliwi i pasterze odziani w futrzane kurtki. Przybywają
tutaj ze swoich zagubionych w tundrze osad, do
których niegdyś docierało się po wielodniowej podróży
psim zaprzęgiem.
Ileż to razy na różnych lotniskach radzieckich słyszałem
zapowiedzi o starcie lub lądowaniu samolotów
z Antonowki, Iwanowki, Siemionowki i podobnych
miejscowości, o których sielskości świadczy już sama
nazwa, a których nie odnajdzie się nawet na dokładnych
mapach ZSRR. Istnieją tu tysiące tego rodzaju
połączeń powiatowych, a nawet gminnych.
Specyfika tych linii polega nie tylko na tym, że kursują
tu samoloty o wzruszająco tradycyjnych kształtach
(zresztą coraz częściej wypiera je nowoczesna sylwetka
JAK-ów i AN-ów), lecz również w swoistej
atmosferze podróżowania. Większość pasażerów to dobrzy
znajomi, no, a pilotów zna- się nie tylko z twarzy,
ale i z usposobienia, mówi się do nich najczęściej po
imieniu. Piloci linii lokalnych to szczególna kasta. Są
wśród nich ludzie młodzi, zdobywający dopiero ostrogi
na tych powiatowych szlakach, są też piloci wysłużeni,
a także sfrustrowane „wilki powietrzne".
Cudzoziemców przybywających z Zachodu najbardziej
zdumiewa właśnie owa powszechna dostępność
komunikacji lotniczej w ZSRR. Przytaczamy tu charakterystyczną
wypowiedź wydawcy pewnego amerykańskiego
magazynu lotniczego, Wayne W. Parrisha,
który parę lat temu tak pisał: „Podróż samolotem od
dawna przestała być przywilejem elity radzieckiej,
funkcjonariuszy państwowych, przewodniczących kołchozów,
dyrektorów fabryk i tym podobnych osób.
Dziś zwykli obywatele radzieccy wsiadają w Moskwie
do samolotu odrzutowego, aby bezpośrednio przelecieć
5 tysięcy kilometrów do Irkucka i czynią to z taką
swobodą, jakby od dwudziestu lat nie robili nic innego..."
Przypomina mi się również takie zdarzenie.
Kilka lat temu pewien Czukcza, podówczas student
Uniwersytetu Leningradzkiego, opowiadał mi, w jaki
sposób dostał się do Leningradu. Rodzinną jarangę
Opuścił na wiosnę. Starszy brat zaprzągł cztery par_
psów i ruszyli do stolicy okręgu — Anadyru. Dotarli
tam po tygodniu. W Anadyrze wypadło mu poczekać
parę tygodni, aż ruszy po zimie nawigacja w kierunku
południowym. Dwa tygodnie płynął statkiem do portu
Sowietskaja Gawań. Stamtąd przyjechał do Chabarowska.
Tu, dla nabycia ogłady, przebywał prawie miesiąc:
trochę się dokształcał, ale również oswajał z miejskim
ubraniem, przyzwyczajał się do spania w łóżku itp.
Z Chabarowska wyleciał samolotem i „już" po upływie
czterech dni był w Leningradzie.
Tak się złożyło, że parę lat temu leciałem z Chabarowska
z innym młodym Czukczą, który również udawał
się na studia w stolicy ZSRR. Mój towarzysz podróży
utyskiwał, że na skutek nie sprzyjających warunków
atmosferycznych zmarnował jeden dzień w
Magadanie, gdzie miał przesiadkę. Zamiast kilku godzin
— narzekał — leciałem z Anadyru aż przeszło dobę!
Kiedy wreszcie — wzdychał — lotnictwo uniezależni
się od pogody?!
Po chwili wahania powtórzyłem memu współpasażerowi
odyseję, zasłyszaną niegdyś od tamtego Czukczy,
który mógł być jego starszym bratem. Odpowiedział
mi: — Mój dziadek nigdy nie widział białego człowieka,
jadał surowe mięso i wierzył w amulety. Ale to
jeszcze nie powód, żebym niedoskonałość urządzeń cywilizacyjnych
podnosił do rangi cnoty...
Rzeczywiście trafnie chyba zauważył Parrish, że
w Rosji podróżują odrzutowcami z taką swobodą, jakby
od wielu lat nie czynili nic innego.
Z Moskwy do osady w tundrze samoloty dostarczają
dziś pocztę, gazety, książki na drugi, trzeci dzień. Na
święto dowożą tam pomarańcze i kwiaty. Zresztą
jeszcze przed paru laty Gruzini również przywozili do
Moskwy pierwsze wiosenne kwiaty samolotami, wynajmując
nieraz w tym celu całą maszynę. Widocznie owa
inicjatywa (prywatna) opłaciła im się, mimo iż na
przewóz tych kwiatów musieli wykupić bilety pasażerskie
— bo nikt by im całego samolotu nie wynajął.
Nawiasem mówiąc, bilety lotnicze w ZSRR należą do
najtańszych: miejsce w samolocie kosztuje niewiele
więcej niż bilet sypialny II klasy.
Na Dalekiej Północy i na Dalekim Wschodzie, gdzie
komunikacja lądowa jest słabo rozwinięta — samolotów
i śmigłowców używa się również do transportowania
ciężkich ładunków. Powietrzem przewozi się samochody
ciężarowe, maszyny, a nawet całe... drewniane
domy, które stawia się na miejscu wysłużonych jarang.
Cała cywilizacja przyleciała tu na skrzydłach.
Młodzi obywatele radzieccy (zresztą czy tylko młodzi?)
nie wyobrażają sobie, że w ogóle kiedykolwiek
mogło być inaczej. A przecież komunikacja lotnicza
datuje się w ZSRR dopiero od 1923 roku, kiedy to uruchomiono
pierwszą linię Moskwa—Niżnij Nowgorod
liczącą 420 kilometrów. Na tej linii w ciągu całego roku
przewieziono wówczas dwustu dwudziestu dziewięciu
pasażerów. Dziś „Aerofłot" wozi rocznie przeszło
sześćdziesiąt milionów ludzi.