Kosmodrom
W jasnym i czystym jak sala operacyjna wydziale
montażu statków kosmicznych zebrała się grupa inżynierów,
konstruktorów, robotników. Ciasnym kręgiem
otoczyli wielką, ciemnozieloną skrzynię. Przesyłka była
niezwykła: wewnątrz znajdował się fotel dla pierwszego
kosmonauty. Zebrani wiedzieli, że zbliża się
dzień, kiedy padnie od dawna oczekiwana komenda:
start. Ale fotel kosmonauty — to był znak, że chwila
ta jest tuż, tuż.
Niespodziewanie zadzwonił Siergiej Korolów: „Co
słychać? Macie już fotel? Zaraz będę u was. I nie sam,
przyjadę z gospodarzami waszych statków..." Po chwili
w drzwiach zrobiło się niewielkie zamieszanie i kilku
ludzi weszło do hali: Na przedzie szedł Korolów,
za nim grupa młodych oficerów: Jurij Gagarin, Herman
Titow, Andrian Nikołajew, Paweł Popowicz, Walery
Bykowski. Młodzi oficerowie znali konstrukcję
statku w głównych zarysach, toteż teraz interesowały
ich przede wszystkim szczegóły. Posypały się pytania.
Co prawda pierwszy statek, którego montaż właśnie
zakończono, nie był jeszcze przeznaczony do lotu załogowego,
ale wszystkie jego parametry były identyczne.
Lotnicy nie tylko słuchali i zadawali pytania, ale również
radzili.
Jeszcze kilka prób, jeszcze nieznaczna ilość badań,
jeszcze ponowne sprawdzenie wszystkich urządzeń
i wreszcie — oczekiwana, upragniona przez wszystkich
decyzja: „można".
W nocy z 11 na 12 kwietnia 1961 roku nikt na kosmodromie,
poza Jurijem i Hermanem, nie spał. O trzeciej
nad ranem rozpoczął się ostatni przegląd aparatury,
która za kilka godzin miała wznieść w kosmos
pierwszego człowieka. Gagarin i Titow, który był dublerem,
spali do piątej. Podjechał samochód z lekarzami.
Wyładowano tuby i paczki z pożywieniem kosmicznym.
Do podnóża rakiety zbliżył się kolejny samochód.
Jurij Gagarin był w jaskrawopomarańczowym
kombinezonie.
W godzinę później Gagarin zajął miejsce w ka-
binie statku. Punkt dowodzenia, zaszyfrowany pod
kryptonimem „Zorza", prowadzi dialog z kosmonautą:
„Zorza": Ogłaszamy pięciominutowe pogotowie.
Gagarin: Zrozumiałem. Ogłoszono pięciominutowe pogotowie.
„Zorza": Wszystko przebiega normalnie. Zajmijcie pozycję
wyjściową dla rejestracji czynności fizjologicznych.
Gagarin: Zrozumiałem. Wszystko przebiega normalnie.
Zająć pozycję wyjściową dla rejestracji czynności iim
zjologicznych. Pozycję zająłem.
„Zorza": Pogotowie — jedna minuta. Jak mnie słyszycie?
Gagarin: Zrozumiałem: Pogotowie — jedna minuta.
„Zorza": Zrozumiałem was.
Gagarin: Nastrój dobry, samopoczucie dobre. Gotów
do startu.
„Zorza": Wspaniale.
Jeszcze kilkanaście sekund... Start.
Gagarin: Pajechali!
Spojrzał na zegarek. Była godzina dziewiąta minut
siedem czasu moskiewskiego. Usłyszał świst i ciągle
narastający szum, poczuł, jak gigantyczna rakieta za-
drżała całym swym korpusem i powoli, bardzo powoli
oderwała się od urządzeń startowych. Zaczynała się
walka z siłą przyciągania ziemskiego...
O dziesiątej pięćdziesiąt był już z powrotem na Ziemi.
W dali dostrzegł kobietę z małą dziewczynką, które
przyglądały mu się z zainteresowaniem. Zaczął iść
w ich kierunku, one ruszyły mu naprzeciw. Im bliżej
podchodziły, tym wolniejsze były ich kroki. Miał jeszcze
na sobie pomarańczowy skafander i jego niezwykły
wygląd nieco szokował.
— Swój, swój! — wykrzyknął Gagarin.
— Czyżby z kosmosu? — zapytała z niedowierzaniem
kobieta.
— Wyobraźcie sobie, że tak.
Zona leśniczego Anna Tachtarowa i jej wnuczka,
sześcioletnia Rita, były pierwszymi ludźmi, których zobaczył
po powrocie na Ziemię.
Gdy odpoczął, poddano go dokładnym badaniom lekarskim,
doprowadzono do „ziemskiego" wyglądu. Potem
poleciał do Moskwy. Radzieccy dziennikarze, towarzyszący
eksperymentom kosmicznym, tak relacjonowali
wtedy podróż z kosmonautą do stolicy.
— Zajęliśmy miejsca. Zapaliły się napisy „Proszę nie
palić, zapiąć pasy". Jurij spojrzał na te napisy i leciutko
się uśmiechnął. Ale przepisy są przepisami. Więc
posłusznie zapina pas. „Towarzysze — komunikuje
stewardesa — nasz lot odbywać się będzie na wysokości
siedmiu tysięcy metrów...
Siedem tysięcy metrów... Jeszcze przedwczoraj patrzył
na Ziemię z wysokości ponad trzystu kilomerów...
— Lecimy z szybkością sześciuset pięćdziesięciu kilometrów
— kontynuuje stewardesa...
650 kilometrów i 28 tysięcy kilometrów na godzinę!
I oto pod skrzydłami samolotu — Moskwa. Z góry
dostrzegli tłumy ludzi na ulicach. Czerwone proporce
i flagi, płynące w kierunku centrum, na Plac Czerwony,
pod Kreml.